Różaniec Rodziców za Dzieci - tworzymy nową Różę pw. św. Ojca Pio
- czytaj więcej 


Uwaga

Miłość Małżeństwo Rodzina

Rodzina Bogiem silna

Wanda Półtawska

Takie życzenie pod adresem polskich rodzin wypowiedział Ojciec Święty Jan Paweł II: żeby rodzina była Bogiem silna; to w istocie rzeczy znaczy, aby rodzina była... święta. Każda rodzina może, a nawet powinna stać się święta, jeżeli uwzględni się podstawowy cel każdego życia ludzkiego. Człowiek żyje po to, żeby życiem swoim zasłużyć na żywot wieczny, na szczęśliwą wieczność. Uświęcenie jest zatem zadaniem każdego człowieka – oczywiście pod warunkiem, że... wierzy on w ten „żywot wieczny”.

A więc rodzina także jest powołana do świętości.

Powołanie to jest zadaniem całego życia – zadaniem, które w realizacji wydaje się za trudne dla samego człowieka. Losy ludzkości pokazują, że ludzie właśnie nie potrafią zrealizować tego zadania – świętość rodziny jest zagrożona. Obserwując losy rodzin współczesnych można określić podstawowe zagrożenia ich świętości, aby uniknąć klęski. Ileż razy ludzie mówią o sobie „źle wybrałem”, „nie udało mi się”, albo wręcz „miałem pecha” – mając na myśli swoje małżeństwo. A przecież w myśli Bożej małżeństwo ma być „szczęściorodne”, ma właśnie przynieść człowiekowi szczęście i świętość – a więc szczęście na ziemi i w niebie.

Jakież trzeba spełnić warunki, aby ten cel osiągnąć?


Okres przedmałżeński

Praktyka życia pokazuje, że los małżeństwa zależy w dużej mierze od „prawidłowego startu”, od okresu narzeczeńskiego i przygotowania do oczekujących zadań. Aktualne zagrożenia właśnie tego okresu sprawdzają się potem ciągle narastającym kryzysem małżeństwa, rosnącą na całym świecie ilością rozwodów. Ludzie młodzi zawierają małżeństwo w przekonaniu, że się kochają i że im będzie ze sobą dobrze. Jednak takie przekonanie nie wystarcza i powstaje podstawowy problem – co oni nazywają miłością? I nie wystarcza aktualna świadomość, jest nam dobrze”; jest to bowiem subiektywne odczucie danej chwili – odczucie, które się łatwo zmienia. Miłość przedmałżeńska jest z istoty swojej miłością łatwą; młodzi nie mają jeszcze żadnych trudnych problemów; spotykają się ze sobą uwalniając się od obowiązków i spędzają ze sobą czas istotnie „wolny” – wolny od wszelkiej troski. Ten wspólnie spędzany czas często wypełniają wzajemnym świadczeniem różnych gestów ciała, które sprawiają im przyjemność i nierzadko prowadzą do nadużyć – zaczynają współżyć po małżeńsku, co zawsze jest krzywdą, jakkolwiek oni nie zawsze zdają sobie z tego sprawę i nazywają to współżycie miłością.

Znak równości, postawiony między miłością a aktywacją cielesną jest największym zagrożeniem okresu młodości; w dodatku lansowana przez świat dorosłych koncepcja etyki liberalnej, która propaguje aktywność cielesną jako naturalne uprawnienie osób posiadających odpowiednie narządy, tragicznie rzutuje na losy młodych. Tę tragiczną sytuację ujawnia łatwo zauważalny fakt obniżenia wieku rodziców. Obecnie spotyka się coraz więcej par rodziców małoletnich, matki trzynasto- czy czternastoletnie i ojców szesnasto- czy siedemnastoletnich Dla każdego zdrowo myślącego człowieka jest to sytuacja społecznie patologiczna, a indywidualnie jest to utrata młodości – i oczywiście także świętości. Nawet jeżeli para małoletnich rodziców zawrze sakrament małżeństwa to jest to start nieprawidłowy, który nie przyniesie właściwych owoców.

Miłość przedmałżeńska nie ma prawa do współżycia cielesnego – choć oczywiście miłość angażuje całego człowieka, więc także jego ciało. Ciało ludzkie ma swoje miejsce w miłości – jest, może być na jej usługach, ale musi uwzględniać dobro drugiego człowieka. Każdy człowiek z racji swego Bożego pochodzenia pozostaje w bezpośredniej relacji do Boga – stworzenie wobec Stwórcy – i według planu Bożego ma wrócić do Boga. Stworzony z miłości i dla miłości człowiek ma prawo kochać – co więcej, ma obowiązek kochać, ale musi zrozumieć, co to znaczy kochać. Młodzi ludzie łatwo „coś” nazywają miłością, ale zarazem wiedzą, że „coś” nią nie jest. Rozumieją pojęcie „prawdziwej miłości” i używają go, a Jan Paweł II mówi o miłości „pięknej, oblubieńczej”. Miłości trzeba się uczyć i o nią w sobie zabiegać; ona szuka znaków, ale zjednoczenie cielesne ludzi nie jest jedynie znakiem miłości, jest przede wszystkim znakiem rodzicielstwa – jedynym znakiem rodzicielstwa, wiec do niego mają prawo właśnie ci, którzy mają się świadomie stać rodzicami, którzy podejmują odpowiedzialność za los dziecka – małżonkowie, nikt inny.

Szerzenie lekkomyślnie współczesnych haseł wolności działania seksualnego jest krzywdą dla młodych. Sugeruje im się wszelkimi sposobami – filmy, reklamy, że mają rzekomo prawo do tego działania; niedojrzali, nie umieją się bronić (tak właśnie na forum młodzieży w Lublinie podsumował to spotkanie po długiej dyskusji jego organizator: my nie umiemy się bronić). A świat ludzi dorosłych nie broni wartości dziewictwa, czystości przedmałżeńskiej.

Miłość może znaleźć tysiące sposobów ujawnienia się, są różne znaki miłości. Jest twórcza intuicja miłości – można na różne sposoby okazać miłość, także cieleśnie. Może być pełne miłości spojrzenie, słowa, treść słów i „timbre” głosu i gest ręki, która przygarnia i czyny różnorodne świadczone na rzecz kochanej osoby. Młodzi mają prawo kochać i okazywać sobie tę miłość, ale nie mają praw sięgać po przywilej małżeński. Miłość prawdziwa ma też swoją intymną głębię, która nie pozwala ujawniać się prymitywnymi gestami na oczach publiczności.

Współczesna subkultura zachowania jest przeciwna prawdziwej miłości. Przekazanie młodym właściwych postaw przed małżeństwem jest aktualnie zadaniem palącym, a trudnym dla wszystkich rozumnych rodziców i wychowawców. Młodość jest najkrótszym okresem życia – te dziesięć lat (14 do 24), okresem, który ma decydujące znaczenie dla rozwoju jednostki i właśnie dla przyszłej rodziny. Okres ten ma służyć rozwojowi wartości uczciwości, wierności, szlachetności; a przecież można zdradzić męża czy żonę zanim się go, czy ją pozna. Bywa małżeństwo zawarte „pod przymusem”, gdy decyzję taką wyzwala odpowiedzialność za już istniejące dziecko. Sytuacja taka jest z reguły nerwicorodna i pociąga za sobą w przyszłości postawę antyrodzicielską, antykoncepcyjną, bo takie „narzucone rodzicielstwo” jest przeciwko prawdziwej miłości.

Dziecko ma prawo być oczekiwane z miłością, stworzenie rodziny ma być programem miłości, która pragnie owocować. Znak rodzicielstwa jest dany i zadany małżonkom; jest to trudny przywilej, obarczony trudem odpowiedzialności. Młodzi, sięgając po ten znak niszczą swoją młodość i nie potrafią sprostać trudom, które ze sobą niesie. A dziecko poczęte bez pełnej odpowiedzialności bywa po prostu skazane na śmierć lub na sieroctwo. Ale dorośli boją się dziś poruszać tego tematu – nie bronią tej wartości podstawowej – czystości okresu narzeczeństwa. Ileż razy ludzie niosą swoją młodość jak garb, który gniecie, bo przeszłości nikt nie może człowiekowi odjąć ani zmienić. Oczywiście grzech przeciwko VI przykazaniu może zostać w konfesjonale odpuszczony, Pan Bóg w swoim miłosierdziu przebacza wszystkie grzechy; ale pamięć ciała i człowiek zostaje – można powiedzieć: natura nie przebacza. Grzechy ciała wpisują się w pamięć ciała i w cielesną strukturę – i jeśli np. ludzie podczas zjednoczenia cielesnego utracą dziewictwo lub na dodatek zarażą się chorobą weneryczną, to sam grzech może im zostać przebaczony, ale dziewictwo pozostaje utracone na zawsze i zostaje choroba i pamięć tego. co się stało. Młodość jest dziś zagrożona. Podczas ostatnich rekolekcji głoszonych w Krakowie dla studentów, kardynał Karol Wojtyła powiedział do nich: „wy stoicie do Kościoła bokiem, stańcie frontem, bo to jest walka o wasze dusze”. Właśnie okres przedmałżeński ma być świadomą walką o dusze, o świętość tego okresu.


Sakrament

Oczywistym warunkiem świętości małżeństwa jest sakramentalność. Nie wystarczy układ międzyludzki, umowa zawarta między mężczyzną i kobietą (lub jeszcze bardziej patologiczny układ między osobami tej samej płci). Sakrament małżeństwa to jest przymierze trzech osób – Bóg Stwórca, który ustanowił małżeństwo „w tym celu, aby urzeczywistniać w ludziach swój plan miłości” (Paweł VI, „Humanae vitae” n. 8) i ci dwoje – on i ona. Wie Bóg, jak trudne zleca im zadanie i chce im pomóc swoją mocą, swoją łaską – łaską sakramentalnego małżeństwa. Łaską – działanie łaski to działanie duchowe, ale ludzie współcześni rzadko w pełni rozumieją w ogóle istnienie duchowości, a w szczególności chcąc być razem, niejako zatrzymują się na sobie, na swoich odczuciach i sądzą, że sami potrafią zrealizować szczęśliwe małżeństwo. Jest w tej świadomości element pychy człowieka, element młodzieńczej naiwności; na razie nie potrzebują pomocy i nie szukają jej – nie proszą o łaskę i jakby me czują potrzeby. A nawet potem, gdy już zaznają trudności życia małżeńskiego nie rozumieją, że istnieje ta szczególna siła od Boga. która im może pomóc – bo ta siła jest niedostrzegalna; jakże często nie rozumieją, że kryzys pochodzi stąd, że zdali się na swoje słabe siły i nie korzystają z tej mocy Bożej. Nie korzystają, bo o nią nie proszą i nie spełniają koniecznych warunków. Łaska sakramentu małżeństwa nie działa automatycznie tylko dlatego, że zawarli ślub w kościele, z którego wyszli przy dźwiękach pięknego hymnu „Veni Creator Spiritus”.

Duch Święty ogarnia łaską cały świat, świat jest odkupiony, ale Pan Bóg nie zmusza człowieka do świętości, szanuje ludzką wolność. Człowiek sam musi zdecydować, jak chce żyć. Łaska jest uwarunkowana postawą człowieka, który w pokorze stara się o rozgrzeszenie, o czystość serca; dopiero wtedy, w stanie „łaski uświęcającej” może w pełni skorzystać z tej dodatkowej łaski Sakramentu Małżeństwa, która jest skierowana „od człowieka do człowieka”, ułatwia wzajemne zrozumienie, uzdalnia do znoszenia trudów, pogłębia wzajemną miłość. Mają tej łaski w nadmiarze ci, którzy o nią proszą – małżonkowie, którzy razem przystępują do Komunii św. nie są nigdy sami. Jest z nimi właśnie ten Bóg. który czyni rodziny Bogiem silne; wtedy potrafią przetrwać wszystkie próby, które niesie los i choroby, i krzywdy, i nawet śmierć jednego z nich.

Siła człowieka jest w Bogu: święty Paweł mówi: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”. Ale... pod warunkiem, że są tej łasce wierni. Jakże często na pytanie, kiedy byli ostatni raz u spowiedzi odpowiadają, że to było wiele lat temu, albo nawet, że to było właśnie z okazji ślubu. Świętość jest owocem działania łaski w człowieku, jej współdziałania z jego dobrą wolą. A ludzie nie rozumieją tej siły, wręcz zaprzeczają jej; dają takie psychologicznie zrozumiale przykłady – ktoś się rozwiódł, bo stale się kłócili, a teraz ma drugą żonę i żyją tak dobrze, tak przykładnie... Bywa tak, i patrząc z boku nie widzi się śladów działania tej dziwnej siły sakramentu, bo ona działa na innej płaszczyźnie, w duszy ludzkiej, w tym, jak mówi Jan Paweł II w „Liście do rodzin” – „człowieku wewnętrznym”. A tego wnętrza nie możemy obserwować, może ono być coraz głębsze, pełniejsze, a może jakby zanikać – można żyć tak powierzchownie, jakby nie było tego wnętrza, w którym kryje się podobieństwo człowieka do Boga. Można – ale do czasu. Przyjdzie nieunikniona chwila odejścia z tego świata i nieunikniony sąd i decyzja – na prawo, czy na lewo. Szczęśliwa albo tragiczna wieczność, o której wiemy przecież z wypowiedzi samego Chrystusa: „Oko nie widziało, ucho nie słyszało tego, co przygotował Pan dla tych, co Go miłują”; lub przeciwnie – „tam będzie płacz i zgrzytanie zębów”. Wieczność małżonków i całej rodziny właśnie zależy od tej łaski, którą mają, albo którą tracą.


Źródło życia

Małżeństwo, które „nie jest wynikiem jakiegoś przypadku lub owocem ewolucji ślepych sił przyrody; Bóg Stwórca ustanowił je mądrze i opatrznościowo w tym celu. aby urzeczywistniać w ludziach swój plan miłości” (Paweł VI. „Humanae vitae” n. 8) ma za zadanie zamienić się w rodzinę. Zlecenie z Raju: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię” (Rdz 1, 28) jest jednoznaczne. Ludzkość ma się rozwijać, trwać, małżonkowie mają mieć dzieci – nie dziecko, a dzieci. Jednym dzieckiem nie napełni się ziemi. Jest to zadanie tworzenia rodziny wielodzietnej. Paweł VI mówi, że ma to być miłość płodna („Humanae vitae” n. 9). Jan Paweł II mówi o wielkoduszności małżonków, którzy przyjmują więcej dzieci: „Byłem dzieckiem nienarodzonym i przyjęliście Mnie, pozwoliliście Mi się urodzić. Byłem dzieckiem opuszczonym i staliście się dla Mnie rodziną. Byłem dzieckiem osieroconym, a adoptowaliście Mnie, wychowując jak własne dziecię” („List do rodzin”, 22) ale właśnie to hojne rodzicielstwo jest niepopularne; w naszym wieku powszechnie panuje model rodziny ograniczonej do jednego lub najwyżej dwojga dzieci.

Płodność ludzka, która jest darem Boga, jest zarazem zadaniem, przez które rodzina mogłaby się uświęcić, ale w realizacji staje się źródłem nie tylko konfliktu, czasem wręcz grzechu i zbrodni dzieciobójstwa. Ludzie odrzucają dziecko, w całym świecie zabija się nienarodzone dzieci – zbrodnia, usankcjonowana niemoralnym prawem. Zbrodnia niezrozumiała – jakże ludzie, kochający się rodzice mogą chcieć zabijać owoc własnej miłości... a jednak tak się dzieje. Właśnie problem rodzicielstwa wiąże się z największym zagrożeniem świętości rodziny. Zamiast być źródłem życia, ludzka rodzina występuje przeciwko życiu. Zadanie rodzicielstwa zdaje się przekraczać możliwości człowieka... Wielu ludzi nie rozumie istoty tego daru, jakim jest płodność. A przecież jest to naprawdę największy dar, jakim Stwórca obdarował stworzenie – człowieka, bo podzielił się z nim swoją stwórczą mocą. Pierwszych rodziców stworzył sam, a wszystkich innych ludzi stwarza przy udziale rodziców.

Paweł VI nazywa rodziców „wolnymi i odpowiedzialnymi współpracownikami Boga-Stwórcy” („Humanae vitae” n. 1). Bóg jakby oddaje tę swoją stwórczą moc w ludzkie ręce i bez współpracy ludzi nie stwarza nowych osób, nowych nieśmiertelnych istot. Użycie swojej mocy Bóg uzależnia od ludzkiej woli i ludzkiej współpracy; a oni nie tylko nie rozumieją wielkości daru, ale go odrzucają. Dlaczego?

Dlaczego ludzie odrzucają dziecko, boją się dziecka? Powszechnie panuje patologiczny lęk przed dzieckiem – lęk niezrozumiały, właśnie nerwicowy. Lęk jest reakcją normalną, jeśli jest adekwatny do sytuacji, np. lęk przed siłą, przed śmiercionośną bronią, gdy ktoś nam grozi. Ale w tej sytuacji, gdy dwoje dorosłych ludzi stoi wobec maleństwa wielkości łebka od szpilki – gdzież tu współmierność? W dodatku to maleństwo może zaistnieć tylko wtedy, gdy oni sami zdecydują i przygotują teren dla działania Bożej mocy. Myśląc zgodnie ze zdrowym rozsądkiem trzeba zapytać – jeśli boją się dziecka, to czemu czynią to, co warunkuje jego pojawienie się? Zachowanie takie jest skutkiem oddzielenia aktu małżeńskiego od jego owocu, ludzie chcą używać „znaku rodzicielstwa” odrzucając rodzicielstwo; chcą oddzielić płciowość od płodności. To jest jednak niemożliwe, bo taka jest natura człowieka, jego cielesna struktura. Płciowość tłumaczy się płodnością i służy jej – bez płodności, zdolności prokreacyjnej płciowość nie byłaby potrzebna.

Różne są przyczyny odrzucania rodzicielstwa, inne po stronie kobiety-matki. inne u ojca. Lęk kobiety wobec dziecka może tłumaczyć się trudem macierzyństwa; los dziecka Bóg złożył w ręce kobiety, w niej dziecko się poczyna i z niej się rodzi, ona je w sobie nosi. Niezaprzeczalnie istnieje trud macierzyństwa i mogą zaistnieć słuszne powody, dla których kobieta nie chce, a nawet nieraz nie powinna stać się aktualnie matką. Lęk, a raczej częściej niechęć podjęcia roli ojca wynika z innych przyczyn, może być po prostu przejawem wygodnictwa i egoizmu.

Niezależnie jednak od przyczyn odrzucenia rodzicielstwa, w żadnym razie nie powinny one prowadzić do zabicia dziecka. Jeżeli się poczęło, ma prawo się urodzić. Każde dziecko jest nie tylko dzieckiem rodziców, ale samego Boga i dlatego często spotykane sformułowanie „dziecko niechciane, niepożądane” powinno zniknąć; bo jeśli nawet rzeczywiście rodzice – czy jedno z nich – nie chcą dziecka, choć już się poczęło, to ma ono prawo do życia i, co więcej, ma prawo do miłości i do miejsca w rodzinie i jest zawsze kochane przez Boga-Stwórcę.

Małżonkowie obdarzeni rozumem mają wziąć odpowiedzialność za los dziecka i mają obowiązek wybrać dla niego najlepszy okres dla przyjścia na świat. Odpowiedzialne rodzicielstwo to także postawa obrony dziecka. Jest rzeczą oczywistą, że rodzicielstwo ma bezpośredni wpływ na świętość rodziny, że ma być realizowane zgodnie z miłością i sprawiedliwością. Ludzie jednak nieraz nie mogą sobie poradzić; ale zamiast szukać pomocy zarówno u ludzi – w poradniach, jak i przede wszystkim u Boga, nie mogąc się zdecydować na podjęcie trudów rodzicielstwa, zabijają dzieci. Postawie takiej, którą Jan Paweł II nazywa „cywilizacją śmierci” służy upadek etosu lekarzy i oni swymi radami i czynami niszczą świętość rodziny. Jan Paweł II nie waha się mówić o świętości ciała ludzkiego, o świętości ciała kobiety-matki, o świętości i nietykalności życia ludzkiego i nawołuje do budowania „cywilizacji życia i miłości”. Życiu służy przecież właśnie rodzina (język polski szczególnie to uwypukla: rodzina, bo rodzi) – i rola rodziny jest tu niezastąpiona.

Lęk przed dzieckiem nasila się tam, gdzie ludzie nie znają praw natury rządzących organizmem kobiety-matki. Dlatego znajomość biologii kobiety i jej potencjalnej płodności sprzyja podjęciu odpowiedzialności za los dziecka. Kobiecy organizm decyduje o tym, kiedy może ona stać się matką i znajomość tych praw umożliwia podjęcie odpowiedzialności – tak, aby każde dziecko było oczekiwane z radością. Prawdziwie głęboka miłość małżeńska pragnie owocować, pragnie być twórcza. Tam, gdzie istnieje taka miłość, dziecko jest bezpieczne.


Czystość małżeńska

Pojęcie „czystości małżeńskiej” napotyka na pewne trudności – niekiedy ludzie nie bardzo rozumieją jej znaczenie: znają pojęcie „czystości przedmałżeńskiej”, które odnosi się do braku współżycia, do dziewictwa. W małżeństwie, gdzie, jak uważają, współżycie jest dozwolone, nie widzą problemu czystości. A przecież realizacja małżeńskiego współżycia cielesnego może – i powinna – służyć świętości. Paweł VI mówi pięknie o tym współżyciu jako o miłości, w której kocha się współmałżonka „dla niego samego, szczęśliwy, że może go wzbogacić darem z samego siebie” („Humanae vitae” n. 9).

Pojęcie daru osoby zjawia się także często w nauczaniu Jana Pawła II. który w swoim studium o miłości małżeńskiej („Miłość i odpowiedzialność”) przestrzega przed postawą posiadania i mówi za św. Augustynem, że człowiek nie ma prawa używać (uti) drugiego, ale może się nim cieszyć (firn). W pożyciu małżeńskim łatwo, szczególnie u mężczyzn, o postawę posiadania – „biorę sobie” drugiego człowieka. Dar osoby dla osoby jest jednak tym wielkim, a zarazem trudnym darem, bo mimo tego, że osoba oddaje się drugiej, ta druga nie ma prawa jej sobie przywłaszczać, a więc traktować jak rzecz i w ten sposób poniżać. Człowiek nigdy nie jest, nie może być traktowany tylko jak rzecz, ale zawsze jako osoba. Odpowiedz więc na dar otrzymany nie może być przywłaszczeniem, ale ma budzić wdzięczność – wdzięczność za dar. W małżeństwie ten dar jest niewymierny, totalny, małżonkowie oddają się sobie na całe życie i obdarowują się także ciałem. W tym obdarowaniu kryje się właśnie niebezpieczeństwo niewłaściwego, nieświętego sposobu realizowania przywileju małżeńskiego – aktu jednoczącego ich dwoje.

Akt małżeński może i powinien być święty, ale nie staje się takim automatycznie, tylko dlatego, że dane osoby są do niego uprawnione z racji sakramentu. Do świętości aktu nieodzowne są warunki, które sprawiają, że jest to zjednoczenie o wymiarze czynu dobrego i świętego. Akt taki musi być wolny, a więc podjęty za obopólną zgodą, nie może być wymuszony, narzucony siłą czy szantażem – ma wyrażać ich wzajemną miłość – wolną. Musi być aktem intymnym, zakrytym przed ludźmi, jedynie – jak wszystko – odkrytym przed Bogiem (omnia nuda ei aperta ad oculos tuos), nie może być więc ani oglądany, ani fotografowany, ani pokazywany: wówczas staje się od razu poniżony, staje się pornografią. Ma to być akt głęboko ludzki w sposobie realizacji, nie może być więc naśladownictwem zachowań animalnych, ma dać szansę pełnego zrozumienia wzajemnego, gdy ludzie patrzą sobie twarzą w twarz: spojrzenie ludzkie ma przecież moc przekazywania miłości.

Wreszcie zaś nie może to być akt przeciwko życiu, a więc nie może być sztucznie ubezpłodniony, choć z istoty rzeczy, z uwagi na fizjologię kobiety częściej jest pozbawiony mocy twórczej – akt płodny jest sytuacją wyjątkową i zachodzi najwyżej kilkakrotnie w życiu małżonków. Do świętości aktu nie należy płodność, ale zgodność z naturą – owoc ich działania, dziecko, jest przecież dziełem Stwórcy, oni są tylko współpracownikami Boga w dziele stwarzania. Oni mają odczytać Boży plan i realizować go. Ubezpłodnienie jest zawsze przeciwko Stwórcy, jest grzechem przeciw pierwszemu Bożemu przykazaniu. Wszelka antykoncepcja jest zawsze działaniem przeciwko naturze człowieka i przeciwko planowi Bożemu – to tak, jakby człowiek chciał poprawiać Boga. Grzechem przeciwko świętości rodziny jest współżycie z użyciem środków zwanych antykoncepcyjnymi i/lub zachowanie uniemożliwiające zjednoczenie komórek rodzicielskich. Wokół antykoncepcji narosło wiele błędnych poglądów, częściowo spowodowanych nieprecyzyjnymi informacjami ze strony świata lekarskiego.

Lekarze, proponując takie czy inne środki, nie podają całej prawdy. Podczas wizyty w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Jan Paweł II użył sformułowania, które tu warto przytoczyć; powiedział on: „Nie każda nauka jest prawdziwa i nie każda prawda jest naukowa”. Właśnie w przedmiocie antykoncepcji obserwujemy nieprawdziwe informacje podawane przez medycynę. Już sama nazwa „środki antykoncepcyjne”, używana w zastosowaniu do aktualnie proponowanych środków jest nieprawdziwa, bowiem medycyna nie zna żadnego środka, który działałby „przeciw conceptio”– przeciw samemu poczęciu. Zapłodnienie, moment rozpoczęcia się ludzkiego życia okryte jest głęboką tajemnicą, dzieje się to w kobiecie – w tajemniczym łonie matki, głęboko ukryte – nie jest to czyn ludzki, ale dzieje się samo siłami natury. Dla człowieka wierzącego „siły natury” oznaczają prawo Boże, bo Stwórca tę naturę stworzył. W powstaniu życia nowego życia człowiek współpracuje z Bogiem. To daje podstawę do mówienia o sacrum ciała kobiety, która staje się matką, choć w danej chwili o tym nie wie.

U progu życia każdego człowieka stoją dwa fakty biologicznie nieodzowne – pierwszy to akt jednoczący rodziców – czyn ludzki ich dwojga, oni o tym kiedy i gdzie decydują i jednoczą się – są za ten ich wspólny czyn oboje odpowiedzialni. Ale ten ich czyn nie jest stworzeniem dziecka. Oni nie wiedzą, czy z ich zjednoczenia będzie owoc, choć mogą się tego spodziewać. Odbyli to swoje intymne spotkanie i rozstali się, bo takie jest prawo życia – człowiek żyje jednostkowo; zjednoczenie można realizować, ale to będą zawsze tylko chwile. Uświadomienie sobie tego ma znaczenie wychowawcze, bo mówiąc o miłości ludzie myślą nieraz właśnie o tych jedynie chwilach, które uważają za miłość – a przecież nie chodzi jedynie o chwile, ale o całe życie, które trzeba wypełnić miłością prawdziwą. Potem następuje drugi fakt biologiczny całkowicie ukryty przed człowiekiem – nikt nigdy tego (w warunkach naturalnych) nie ogląda – już nie czyn ludzi, ale działanie natury: głęboko w organizmie kobiety łączą się komórki siłą ducha. I to jest właśnie jest poczęcie nowego człowieka – conceptio – zapłodnienie. Kobieta stająca się matką nie ma żadnych odczuć tego, co się stało: nikt nie wie, że powstał nowy człowiek, tylko On, Bóg Stwórca („Powołał mnie Pan z łona mej matki, od jej wnętrzności wspomniał me imię” – Iz 49,1). Gdy kobieta wie, że jest matką, dziecku już bije serce. Jeżeli to nastąpiło, to jest to dar Boga dla nich, dla rodziców, i dla całej ludzkości, i dla nieba. Gdy dziecko ma się urodzić, matka ma okazję powtórzyć wielkie „fiat” dziewczyny z Nazaretu, to jedyna prawidłowa odpowiedź na wiadomość, że jest matką.

O świętości rodziny decyduje sposób realizowania rodzicielstwa. Postęp medycyny przyniósł nowe wiadomości i wraz z nimi nowe możliwości nadużyć. Współczesna ludzkość popełnia grzech nieznany z przeszłości – zadaje gwałt Stwórcy, sztucznie wymusza życie ludzkie in vitro. Zarówno sztuczne ubezpłodnienie, jak i sztuczne zapłodnienie i wszelka manipulacja macierzystymi komórkami niszczą świętość ludzkiej miłości i świętość rodziny – nie może ona być Bogiem silna, gdy gwałci swego Boga! A zatem czystość małżeńska to realizacja życia zgodnie z Bożym planem miłości i sprawiedliwości. Ludzie muszą się starać dostrzec Bożą perspektywę i pamiętać, że życie skończy się spotkaniem z Bogiem. Trzeba niejako zaprosić Go do rodziny.


Wierność i dozgonność

Rodzina Bogiem silna to oczywiście taka, która trwa. nie zrywa więzów Sakramentu, ale znosi wszystko – i to, co przynosi los i to, co ludzie sobie nawzajem czynią. Małżeństwo zawierają ludzie nie święci, a w najlepszym wypadku dążący do świętości. Człowiek w swojej słabości i niedoskonałości obciążony skutkami grzechu pierworodnego może nieraz skrzywdzić współmałżonka.

Wśród przyczyn kryzysu, jaki przeżywa rodzina współczesna na plan pierwszy wysuwa się niewierność jednego z małżonków. Jednak zwykle nie jest to naprawdę przyczyna, kryzysu, ale jego skutek. Za kryzys w małżeństwie zawsze ponoszą winę oboje, choć czasem jest to nie tyle wina, ile przyczyna tkwiąca w człowieku lub jego czynach. Stałe obcowanie ze sobą przynosi nieraz sytuacje, które niezupełnie zależą od tych dwojga, a o które oni się jednak wzajemnie oskarżają. Konflikt jest zawsze znakiem braku miłości, ale miłość małżeńska nie jest gotowa w chwili zawierania związku. Z tej przedmałżeńskiej, niedojrzałej, łatwej miłości musi się rozwinąć nowa rzeczywistość – miłość inna, dojrzała, zdolna do znoszenia trudów i wybaczania. Miłość przedmałżeńska musi być darem, ale miłość małżeńska jest wspólnym zadaniem – i bywa. że ona nigdy się nie rozwinie.

W poradni małżeńskiej można nieraz usłyszeć skargę, że „od początku się między nami nie układało”, tak jakby to „układanie się” miało samo zaistnieć, jak np. słoneczna pogoda. Wspólne życie dwojga pod każdym względem różniących się ludzi jest zadaniem trudnym i zawsze wymaga wysiłku – wysiłku wzajemnego poznania i zaakceptowania poznanej tak rzeczywistości. Zarzut, że ktoś się zmienił, że przedtem „udawał dobrego” jest zawsze dowodem braku miłości, bo miłość z jednej strony stawia wymagania samemu człowiekowi, z drugiej zaś strony uzdalnia do akceptacji drugiej osoby w jej prawdzie, może dopiero teraz odczytanej. Okres przedmałżeński nigdy nie daje szans pełnego poznania drugiego człowieka, a daje je dopiero wspólne życie. Ponadto, jeżeli para ludzi nie dąży razem do świętości, ale przeciwnie – razem grzeszy, to małżeństwo, zamiast stawać się wspólną drogą do nieba, staje się degradacją, i zamiast się uszlachetniać i coraz pełniej rozwijać swoje człowieczeństwo małżonkowie stają się sobie coraz bardziej obcy i obojętni; zaś zamiast dążenia do świętości dominuje egoistyczne dążenie do dóbr materialnych. Egoizm rośnie, a miłość, nie ożywiona altruizmem zanika. Narasta obustronne poczucie doznanej krzywdy. Współżycie staje się trudne, a otoczenie od razu daje nieprzemyślaną radę: „macie się kłócić, to lepiej się rozejdźcie”, zamiast poradzić: „to się zmieńcie i przestańcie się kłócić”. Ludzie zapominają, że świętość domaga się wewnętrznej przemiany, potrzebna jest owa metanoia wewnętrzna, a oni chcą od siebie zmian zewnętrznych. Ojciec Święty Jan Paweł II w czasach, gdy był jeszcze bezpośrednio zaangażowany w Duszpasterstwie Rodzin, podczas dnia skupienia, zorganizowanego właśnie dla małżeństw w kryzysie powiedział: „Jest jedno wyjście – furtka pokory – niech każde z was uklęknie i powie »moja wina«„. Oni jednak wzajemnie się oskarżają i ostatecznie zrywają więź małżeńską.

Rozwód jest zawsze klęską, i zawsze jest nieodwracalną, krzywdą wyrządzoną dzieciom. Małżonkowie powinni trwać przy sobie, ale nie chodzi o bierne trwanie dwu egoizmów, które trwają, bo tak nakazuje obowiązek i rzekome dobro dzieci. Samo trwanie może być dalekie od miłości. Nie chodzi o to. aby się „tylko” nie rozwodzić, ale o to, żeby się coraz głębiej prawdziwie kochać; miłość ma z czasem dojrzewać i rosnąć, stając się coraz głębszą i trwalszą. Ta miłość ofiarna, zdolna do wytrwania mimo bólu, potrafi znieść takie zdarzenia losowe jak np. ciężka choroba współmałżonka, czy choroba dzieci.

Rodzina Bogiem silna z upływem czasu krzepnie coraz bardziej i promienieje. Paweł VI mówi o zadaniu małżonków, „aby ukazywali ludziom świętość i słodycz tego prawa, dzięki któremu ich wzajemna miłość wiąże się ściśle z tą ich funkcją, przez którą współdziałają oni z miłością Boga, Twórcy ludzkiego życia” („Humanae vitae” n. 25). Nierozerwalność małżeństwa musi być przyjęta jako zasada postępowania. Młodzi podejmując od początku decyzję o małżeństwie, mają już wtedy zdawać sobie sprawę, że jest to na zawsze, a nie na próbę. Współczesna liberalna etyka sugeruje łatwiejsze rozwiązanie: „spróbujemy, a jak się nie uda, to się rozejdziemy”. Taka postawa staje się obecnie tak rozpowszechniona, że wymaga przeciwdziałania. Potrzebne są dla młodych świadectwa ludzi, którzy potrafili przeżyć życie razem w szczęściu i świętości. W „Liście do rodzin” Jan Paweł II zwraca się do rodzin z prośbą o dawanie takiego świadectwa (n. 23).


Świętość rodziny jako zadanie

Ludzie młodzi zawierając związek małżeński rzadko zdają sobie w pełni sprawę z tego, jak trudne czeka ich zadanie. W ich świadomości dominuje pragnienie bycia razem oparte na doświadczeniach okresu poprzedzającego, łatwego okresu spotkań nie obciążonych żadnymi obowiązkami. Planują wspólne życie, ale w tym planie brakuje uwzględnienia istotnego celu każdego ludzkiego życia. Sondażowe badania opinii publicznej przeprowadzane wśród młodych małżeństw ujawniają nastawienie na wartości materialne – chcą mieć mieszkanie, samochód, telefon, mnóstwo różnych przedmiotów, których zdobycie wymaga środków materialnych i nawet nie zawsze zdają sobie sprawę z tego. jak bardzo stają się zmaterializowani. Ich rodzice często wykazują tę samą postawę troski o dobra doczesne i właściwa perspektywa znika im z oczu.

Ojciec Święty Jan Paweł II przypomina o Bożej genealogii człowieka – stworzenie podniesione do rangi dziecka Bożego, na obraz Boga stworzone ma dojść do nieba. Obdarowane pełnią darów – istnieniem, życiem, ciałem, płciowością i płodnością, ma te dary nie tylko dane, ale także zadane jako zadanie do spełnienia, zadanie całego życia. Z tych darów najważniejsze jest istnienie, egzystencja, czyli nieśmiertelność. Ten właśnie dar odróżnia człowieka od świata zwierząt i rzeczy. Tego daru nikt nikomu odebrać nie może, choć można człowieka zabić. Duch ludzki istnieje na wieczność i w konsekwencji tego trzeba pamiętać, że np. para małżonków posiada tyle dzieci, ile ich się poczęło – dzieci zaistniałe raz na zawsze, a nie tylko te, które się urodziły. Ta podstawowa prawda o tożsamości człowieka jako pochodzącego od Boga nie narzuca się ludzkiej świadomości. Panująca koncepcja biologistyczna sprowadza człowieka do wymiaru biologicznego – dwie złączone komórki ojca i matki. Wydaje się ludziom, że to oni dają życie i że mogą o nim decydować. Człowiek współczesny odsuwa Stwórcę na margines, nawet jeśli uznaje istnienie Boga, bo temu Bogu daje swój ludzki wymiar. Właściwe zrozumienie zadań małżeńskich kryje się właśnie w zrozumieniu i przyjęciu tej Bożej genealogii.

Świadomość, że człowiek ma wrócić do Boga nadaje kierunek wszystkim ludzkim dążeniom. Życie jawi się wówczas jako droga do nieba (jak Jan Paweł II często powtarza, zwłaszcza gdy mówi do młodych), a świadomość oczekującego człowieka sądu zmusza do właściwego wyboru wartości – tych. które służą świętości. Życie ludzkie, ciało i jego cała struktura pokazują się wtedy w innym świetle, jako zadanie do podjęcia, a nie tylko jako źródło doznań. Człowiek ma zobaczyć siebie w świetle Bożej myśli. W sposób szczególny odnosi się to do problematyki związanej z płciowością człowieka.

Antropologia oderwana od tej Bożej genealogii traktuje ciało jako własność człowieka, który może się tym ciałem dowolnie posługiwać; tymczasem Bóg Stwórca dyktuje stworzeniom jasne prawa, według których mają postępować. Jan Paweł II przypomina, że ciało ludzkie zawsze jest poddane duchowi – albo Duchowi Świętemu, albo duchowi tego świata. Człowiek musi stale wybierać, życie zmusza go do ciągłych wyborów i zadaniem ludzi wierzących jest wybierać zawsze dobro.

Dziedzina ludzkiej płciowości jest terenem wyborów szczególnych – płciowość jest człowiekowi dana i zadana, wiąże się z jego powołaniem. Męskość i kobiecość dane są w sposób nieodwracalny, są zadaniem; wszystkie czyny człowieka są stygmatyzowane jego płciowością. Każdy ma dojść do nieba jako mężczyzna czy jako kobieta. Jednak praktyka życia pokazuje, że dziedzina ta jak gdyby przeszkadza człowiekowi w prostym dążeniu do nieba i ta prosta droga zmienia się w pokręcone ścieżki, z których nie ma wyjścia.

Wychowanie człowieka powinno objąć dziedzinę jego płci w sposób zasadniczy. Nie można mianowicie izolować płciowości jako odrębnej rzeczywistości, ale niejako objąć ją i opanować człowieczeństwem. Tożsamość człowieka to jego nieśmiertelność i duchowość. Ona warunkuje wieczne życie i temu ludzkiemu duchowi należy się niejako priorytet w realizowaniu życiowych zadań. Mają one być spełniane po ludzku. To pojęcie ma swoje powszechne znaczenie, mówi się o kimś, że jest ludzki, lub przeciwnie, że postępuje nie po ludzku. Człowiek ma zatem za zadanie stawać się jakby coraz bardziej człowiekiem. W każdej sytuacji to ludzkie zachowanie to po prostu miłość i sprawiedliwość; wszystko, co człowiek czyni jako mężczyzna czy jako kobieta ma mieć tę cechę człowieczeństwa podobnego do Boga – a więc człowieka, który wybiera i czyni zawsze dobro. Można cały problem uprościć i sprowadzić do posłuszeństwa Bogu, który przecież podyktował normy postępowania, swoje dziesięć przykazań. Ale współczesny człowiek chciałby te normy zmienić. Rodzina Bogiem silna, to właśnie ta rodzina posłuszna Bogu, która z Bogiem nie dyskutuje, ale spełnia na co dzień Boskie przykazania.


Kościół jako wychowawca

W adwencie Kościół nawołuje wraz z Janem Chrzcicielem „prostujcie ścieżki Pańskie”. W toku życia ludzie w różny sposób zbaczają z prostej drogi wiodącej do zbawienia. Pojawiają się nowe atrakcyjne bożki i rośnie ludzka ciekawość i odkrywczość. Świat ukazuje się pod coraz innym kątem, powstaje pomieszanie pojęć. Kościół, stojący na straży zbawienia ludzkości, czujny na to, co się dzieje rysuje dodatkowe drogowskazy; choć, prawdę mówiąc, w Dziesięciu Przykazaniach zamyka się wszystko. Ale odpowiadając na potrzeby świata Urząd Nauczycielski Kościoła dodatkowo objaśnia ludziom, daje wskazówki.

W przedmiocie, o który nam tu chodzi, o rodzinie, jest wiele dokumentów Kościoła, które mogą małżonkom pomóc w rozstrzygnięciu bardziej skomplikowanych problemów. W odniesieniu do płciowości dokument „Persona humana” jasno podaje, że dewiacje takie, jak samogwałt, homoseksualizm są grzechem. W dokumencie „Donum vitae” o szacunku dla rodzącego się życia. Kościół jasno stwierdza, że człowiek jest osobą ludzką od chwili poczęcia i nie wolno manipulować życiem dziecka, a także, że człowiek ma prawo do naturalnej śmierci. Jan Paweł II, który przez całe swe życie kapłańskie zabiegał o świętość miłości mężczyzny i kobiety, oprócz swoich dzieł filozoficznych „Miłość i odpowiedzialność”, „Osoba i czyn”, „Mężczyzną i niewiastą stworzył ich” wydał piękne teksty, które są za mało znane i czytane; dla chłopców i mężczyzn encyklika o św. Józefie „Redemptoris custos”; dla kobiet, w roku poświęconym kobiecie, wydał List na Nowy Rok „O roli wychowawczej kobiety”, List na Wielki Czwartek „Kapłan i kobieta”, encyklikę o godności kobiety „Mulieris dignitatem”, o Matce Boskiej dla kobiet do naśladowania encyklikę „Redemptoris Mater”. Dla małżonków razem adhortację apostolską „Familiaris consortio”, „List do rodzin”, „List do dzieci”, encyklikę „Evangelium vitae”. W tych dokumentach zawarte są jasne wskazówki. Tylko... trzeba, żeby się znalazły w każdym domu.