Różaniec Rodziców za Dzieci - tworzymy nową Różę pw. św. Ojca Pio
- czytaj więcej 


Uwaga

Miłość Małżeństwo Rodzina

Trudne oczekiwanie - świadectwo

Szczęść Boże!

Chciałabym złożyć świadectwo, ponieważ wraz z Mężem od jakiegoś czasu uczestniczymy regularnie we Mszach św. o życie w Sanktuarium Świętości Życia. Wdzięczność, którą czuję w swoim sercu, nie pozwala mi milczeć i zatrzymywać tego dla siebie. Dodatkowo, ostatnio powiedział Ksiądz na koniec kazania, że Bóg działa wielkie cuda, ale trzeba Bogu dać czas. A ponieważ to bardzo mocno wiąże się z moim doświadczeniem, tym bardziej się zmobilizowałam. A Bóg tak bardzo konkretnie doświadczył mnie trzy razy.

Wiem, że w obecnych czasach wiele małżeństw musi wyczekiwać potomstwa. Czas oczekiwania i sposób radzenia sobie z emocjami w tym okresie jest bardzo różny w zależności od wrażliwości i wytrzymałości danej osoby. Dla mnie to czekanie było bardzo trudne, bolesne i zmienne w nastrojach. Po paru miesiącach nieudanych prób wkradła się pierwsza niepewność czy w ogóle dane mi będzie zostać matką, później doszły łzy, czasem rozpacz. Mam to szczęście, że urodziłam się w kochającej mnie rodzinie, bez żadnych patologii. Wiem też, że moja rodzina modliła się za nas i szczerze życzyła nam dzieciątka. Jednak w tych akurat okolicznościach czułam niezrozumienie z ich strony, moje siostry zaszły w ciążę od razu po ślubie i zwyczajnie nie miały pojęcia czym jest ból oczekiwania. Niekiedy też zdarzało mi się słyszeć, że jako osoba wierząca nie powinnam tak się załamywać, czy też nie powinnam płakać. I choć wiem, że nie było to mówione złośliwie, ale z troski o mnie, to strasznie mnie to dołowało. Bo starałam się żyć jak najlepiej, oczekiwałam na coś, co nie następowało, a jeszcze dodatkowo ukochane osoby twierdziły, że robię coś źle. Ponieważ zawsze starałam się iść przez życie blisko Boga, i w tej kwestii bardzo dużo się modliłam. Szukałam prawdziwej relacji z Bogiem, bałam się popaść w rutynę "klepania" różnych modlitw. Miewałam momenty wielkiego zaufania do Boga, ale też i takie, kiedy wydawało mi się, że tak intensywna modlitwa nie ma sensu, ponieważ rozbudza nadzieję, a później jest rozczarowanie i jeszcze większy ból. Oczywiście w głębi serca wiedziałam, że to błędne myślenie, ale dojście do postawy pełnego bezwarunkowego zaufania chyba również można zaliczyć do Łaski i cudu, stanu nie do końca zależnego od człowieka. Stanu, który dzięki Łasce, udało mi się na moment osiągnąć dzięki konkretnym wydarzeniom.

Tak więc wracając do wątku mojego rodzeństwa, czułam się najgorsza i nie wiedziałam dlaczego Bóg mnie nie słucha, dlaczego akurat ja muszę być tak doświadczana. Chodziłam również na Msze św. z modlitwą o uzdrowienie w Parafii na Żegrzu i tam też wydawało mi się, że jakoś szczególnie Bóg mnie nie dotyka. Nigdy nie było mi dane doświadczyć spoczynku w Duchu Św., choć wielu ludzi wokół mnie to przeżywało. Nie słyszałam też żadnego wyraźnego głosu Boga, nie widziałam żadnego cudu na własne oczy i zastanawiałam się ile w tym wszystkim prawdy a ile ściemy.

Idąc jednak za wskazówkami Księdza prowadzącego, zmieniłam sposób modlitwy, szczególnie po Komunii św. To znaczy za każdym razem zamykałam oczy i wyobrażałam sobie, że przytulam się do Jezusa, który patrzy na mnie z miłością. I przestałam Go w tym czasie zagadywać swoimi życzeniami i oczekiwaniami gdyż On je zna, a poza tym składa je się wszystkie podczas procesji darów. Nie mówiłam nic, jedynie trwałam w tych Bożych objęciach. Taki stan w objęciach Jezusa daje rzeczywiście niesamowity pokój i tak starałam się przeżywać każdą Mszę św. Chwilę później dostałam pierwszy niesamowity znak. Był to sen. I pewnie gdyby nie jeden szczegół, nie wzięłabym go sobie na serio, lecz potraktowałabym jako wytwór mojej wyobraźni. Bardzo chciałam żeby na tą Mszę św. o uzdrowienie chociaż raz poszedł ze mną mój Mąż. Co miesiąc coś takiego się wydarzało, że nie chodził. Pewnego miesiąca powiedział, że chce tam ze mną pójść i rzeczywiście tak się stało. W noc poprzedzającą tę Mszę św. przyśniło mi się, że tam jesteśmy i że po Mszy św. podchodzi do nas Ksiądz i po krótkiej modlitwie nad nami mówi, że będziemy mieli dziecko. Na co ja pytam - KIEDY? A On na to, że nie wie, bo tego nie usłyszał, ale że na pewno usłyszał, że będę w ciąży. Wszystko w tym śnie było bardzo realne, wyglądało tak jak w rzeczywistości. Tylko jeden element nie pasował. Dobrze mi znany Ksiądz Pieprz odprawiający te Msze św., w tym śnie był jakimś zupełnie innym Księdzem, młodym, wyższym, szczuplejszym. No ale nic, myślę sobie - sen - więc normalnie rozpoczęłam dzień twierdząc, że ten sen to jedynie moje pragnienia, a ksiądz był dziwny bo w snach zawsze jest coś dziwnego. Wieczorem poszliśmy do kościoła, dzwonek na rozpoczęcie Mszy św., z zakrystii wychodzi ksiądz...i ku mojemu zdziwieniu był to ten właśnie ksiądz, który był w śnie. Aż się nogi pode mną ugięły i łezka pokulała. Nigdy wcześniej go na oczy nie widziałam. Nigdy też mi się nie zdarzyło, żeby tę Mszę św. odprawiał inny ksiądz niż ks. Pieprz. Ale tym razem nie mógł dojechać, więc wyjątkowo był ktoś w zastępstwie. Była to mniej więcej połowa roku 2014. Przez ten "niepasujący element" w postaci księdza zrozumiałam, że nie mógł sobie tego w ten sposób ułożyć mój mózg. I po raz pierwszy pomyślałam, że być może to jest konkretna odpowiedź Boga na moje modlitwy. Chociaż element niepewności był nadal. Nie czułam już rozczarowania tym, że nie doświadczam spoczynków w Duchu Św. Bo ten sen był całkiem niesamowitym doświadczeniem.

Modliłam się nadal, codziennie odmawiałam przynajmniej jeden różaniec (od dziecka bardzo lubię tę modlitwę), szukałam wstawiennictwa świętych i zaczęłam regularnie czytać Pismo Święte (każdego dnia po pracy) mając zamiar je przeczytać całe. Jednocześnie te Msze św. o uzdrowienie nie za bardzo mi pasowały, ponieważ wypadają na początku miesiąca, kiedy do późna siedzę w pracy. Przyszła nam wtedy z Mężem do głowy myśl o Mszach w. o Życie. Znając Księdza Korbika z parafii na Żegrzu, czuliśmy się w Sanktuarium swojsko, a słuchając ilu ludzi prosi o cud poczęcia, przestaliśmy czuć się szczególnie pokrzywdzeni, a dodatkowo to miejsce ma w sobie coś takiego, że napełniało nas nadzieją. No i wiara w pośrednictwo Matki Bożej, w Jej wstawiennictwo, bardzo nas podtrzymywała. Zapamiętałam też słowa z pewnego kazania ks. Korbika, że czasem Bogu trzeba pokazać, że bardzo nam na czymś zależy, co było dla mnie zachętą do kontynuowania wybranych praktyk i do wytrwałości w modlitwie. Co nie oznacza, że zawsze było łatwo. I czas płynął dalej.

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie moja Mama z informacją, że była na weekendowych rekolekcjach i kupiła mi książkę pt "Jezus mówi do ciebie" (Sarah Young), gdzie są rozważania na każdy dzień roku. Ponieważ w tym czasie obie moje siostry były w ciąży (starsza siostra z kolejnym już dzieckiem, a młodsza ode mnie z pierwszym i niedługo wcześniej się o tym dowiedziałam), znów okres ten był dla mnie trudniejszy i miotałam się z emocjami. Nadzieja przeplatała się z beznadzieją. Dodatkowo byłam zła na siebie, że nie potrafię tak szczerze się cieszyć ze szczęścia mojego rodzeństwa. Zdenerwował mnie ten telefon od Mamy, ponieważ wydawało mi się, że wprowadziłam już tyle różnych praktyk religijnych, że nie potrzebuję kolejnych. Ale Mama z pełnym spokojem powiedziała, że tę książkę mi da i jak będę chciała to kiedyś zajrzę, a jak nie to nie. Wzięłam nie chcąc robić Mamie przykrości, ale nie miałam zamiaru jej czytać. 11 grudnia 2014 rano dostałam mms-a od szwagra z informacją, że urodziła się moja siostrzenica, którą nazwali moim imieniem. Ogarnęła mnie niesamowita euforia, tym bardziej, że spóźniał mi się okres i znów pojawiła się głęboka nadzieja, że jestem w ciąży. Niemal unosiłam się nad ziemią z radości. Kilka godzin później miesiączka przyszła, a wraz z nią jedno z większych załamań. Taka mieszanka emocji w jednym dniu nie pozwalała mi pracować i musiałam się zwolnić do domu. Jadąc autem łzy leciały mi ciurkiem i na głos krzyknęłam "Boże, Ty jesteś Wszechmogący, więc dlaczego mi nie odpowiadasz?". Wspomniany wcześniej sen odszedł w niepamięć, totalnie zapomniałam, że Bóg nie obiecał żadnego konkretnego terminu. Dominowało jedynie uczucie, że ludzie wokół mnie są szczęśliwi, a ja nie. Wróciłam do domu i nie miałam absolutnie ochoty na modlitwę, mimo, że taka była już na tamten czas moja codzienna praktyka. Miałam już pilota od TV w ręku chcąc zabić czas i emocje. Ale jednak coś mnie powstrzymało. I nawet nie wiem jakim cudem, ale po raz pierwszy w moich rękach znalazła się książka od Mamy. Wiedziałam, że jest tam rozważanie na konkretny dzień, więc byłam ciekawa co też "Jezus mówi do ciebie" 11 grudnia. I po raz drugi doznałam szoku, czytając: "Przynieś Mi wszystkie swoje sprawy, włączając w to marzenia. Rozmawiaj ze Mną na każdy temat tak, aby Światło Mojej Obecności opromieniło twoje nadzieje i plany. Spędź ze Mną trochę czasu, pozwalając, aby Moje Promienie tchnęły życie w twoje plany i zaczęły stopniowo przekształcać się w rzeczywistość. To bardzo praktyczny sposób współpracy ze Mną. Ja, Stworzyciel wszechświata, raczę współtworzyć z tobą rzeczywistość. Nie staraj się przyspieszyć tego procesu. Jeśli chcesz ze Mną pracować, musisz zaakceptować ramy czasowe, jakie narzucam. Pośpiech nie leży w mojej naturze. Abraham i Sara musieli czekać wiele lat, zanim spełniłem swoją obietnicę i dałem im syna. Ale o ileż większa była dzięki temu ich radość z dziecka!". Czytałam i oczom nie dowierzałam. Że akurat na dziś taki cytat...że przed chwilą krzyczałam w samochodzie, że Bóg mi nie odpowiada, a tu TAKA odpowiedź. Dla pewności czy przypadkiem cała książka nie jest o rodzinnych sprawach przewertowałam kilkanaście stron w jedną i drugą stronę, ale ani słowa o czekaniu na dziecko. Wzruszyłam się do łez i powiedziałam Bogu "Dziękuję". Oczywiście Zły nie mógł w takiej chwili stać bezczynnie i zasiał we mnie ogromny strach, że bardzo długo będę czekać, skoro mam Boga nie pospieszać. Ale walczyłam z tą myślą wiedząc kto mi ją podsyła. Każda Msza św. o życie pomagała nam wierzyć w to, że Bóg ciągle nas słucha, a Maryja nieustannie wstawia się za nami.

I ostatni znak - w tym samym miesiącu, tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Po pracy byłam umówiona na wizytę u ginekologa, który mnie diagnozował. Wyszłam bardzo niezadowolona z tej wizyty, ponieważ nie chciałam się zgodzić na zaproponowane leczenie, które wydawało mi się być zbyt inwazyjne. Nie będę wchodzić w szczegóły tej wizyty, jednak po raz kolejny weszłam do domu załamana. Nie rozumiałam, dlaczego tak ciężko jest trafić na lekarza szanującego Życie i naukę Kościoła w tej kwestii, a jak już się na takiego trafi, to nawet z nim się nie można dogadać. Płakałam, bo nie wiedziałam czy słuszny jest mój upór przy w pełni naturalnych metodach poczęcia, na których mi zależało. I znów przełamując chwilową niechęć do modlitwy, chwyciłam za Pismo Święte, zastrzegając, że nie chce mi się dziś czytać, więc biorę tylko jeden krótki fragment. Ponieważ poprzedniego dnia skończyłam na Księdze Wyjścia 15; 21, szybko kątem oka zakreśliłam obszar na "dziś": Wj 15;22-27. Gdy w wersecie 26 trafiłam na słowa: "bo Ja, Pan, chcę być twym lekarzem", nie miałam już wątpliwości, że znaki, których jak mi się wydawało nie doświadczam, w bardzo konkretny sposób są mi dawane. Ten sen na dzień przed Mszą św., fragment z książki przeczytany dokładnie w dniu, w którym wykrzyczałam Bogu, że mi nie odpowiada oraz fragment z Pisma Świętego tuż po nieudanej wizycie u lekarza, zbieżność tych wydarzeń, nie pozostawiały wątpliwości. Że Bóg JEST żywy, jest ze mną, widzi mnie i moje serce, a w nim nasze pragnienia. Byłam wręcz pewna, że dane mi będzie zostać matką. Dodatkowo pozbyłam się całego żalu do rodziny, że mnie nie rozumie, do lekarza, że mamy odmienne zdanie na temat leczenia, bo wiedziałam, że w tej pozornej samotności bardzo blisko mnie jest Bóg i widocznie tylko na Nim mam się oprzeć. Poczułam wręcz jeszcze większą miłość do moich najbliższych oraz dostrzegłam to jak wiele im zawdzięczam.

I w końcu pojawił się ten głęboki pokój i pełna otwartość na czas, w którym obietnice Boga się spełnią. I spodziewałam się wielu lat oczekiwań, a tu minęły dwa miesiące i okazało się, że jestem w ciąży! jestem!. Z perspektywy czasu śmiało mogę powiedzieć, że wyczekane, wymodlone Dziecko daje radość nie do opisania. Rozumiem też wszystkie pary przeżywające kryzys i zwątpienie w trudnym czasie oczekiwania, ponieważ też przez to z Mężem przeszliśmy i wiemy, że postawa pełnego zaufania jest bardzo trudna do osiągnięcia, mimo najszczerszych chęci. Ogarniamy modlitwą wszystkie borykające się z podobnymi problemami małżeństwa. Za wszystko Chwała Panu i bukiet kwiatów wdzięczności dla Matki Bożej! - Marysia z Mężem i Córeczką pod sercem.